

Mówi się, że aby być motocyklistą, wystarczy mieć motocykl, a żeby uprawiać motocross – wystarczy mieć… jaja! Nasza bohaterka długo nie miała ani jednego, ani drugiego. Motocykl już ma i mimo, że jest stuprocentową kobietą, u której emocje biorą czasem górę – zadziorności, charakteru i uporu może jej zazdrościć niejeden facet. Joanna Miller – bezapelacyjnie pierwsza dama polskiego motocrossu.
Asia, jak większość młodych dziewczyn, zaczynała od… kopania piłki! Pewnego dnia, przypadkiem trafiła na trening motocrossowy, przejechała się i wszystko było już jasne. Od tej chwili, roześmiana dwunastolatka z Gdyni dręczyła ojca nieustannymi prośbami o motocykl i pytaniami o to, kiedy znów pojadą na trening.
„W motocrossie zakochałam się od razu i bez pamięci. Pochłonęła mnie rywalizacja. Uwielbiam się ścigać, trenować, porównywać, rozwijać. Dążenie do bycia coraz lepszą zawodniczką jest motorem mojego życia. W motocrossie wspaniała jest nieprzewidywalność – tor za każdym razem jest inny, sytuacja za każdym zakrętem może się zmienić w każdej chwili, do tego są dziury, bandy i skoki. W tym sporcie nie można się nudzić” – przekonuje Joanna.
Po roku treningów wystartowała w pierwszych zawodach. Dekadę temu dziewczyny praktycznie się nie ścigały, więc najczęściej walczyła z chłopakami. W 2011 roku wgrała historyczną, pierwszą edycję X-cross Pucharu Polski Kobiet w motocrossie. Potem, przez trzy kolejne lata, seryjnie sięgała po Mistrzostwo Polski. Od lat nikt w naszym kraju nie ma wątpliwości, która dziewczyna rządzi w polskim mx.
„Aśka jest opętana przez motocross, śpi z motocyklem i duszę diabłu by sprzedała, żeby jeździć” – charakteryzuje zawodniczkę redaktor naczelny miesięcznika X-Cross, Krzysztof Hipsz. „Dla niej świat poza crossem nie istnieje, to jest jej droga życiowa i wielka pasja. Nie znam wielu tak oddanych sportowców”.

Najważniejszymi punktami w sportowym CV Asi są sukcesy międzynarodowe, w tym największe osiągnięcie w historii polskiego motocrossu – podium w zawodach rangi mistrzostw świata. Miller stanęła na pudle w 2012 roku, we włoskim Arco di Trento. Potem wielokrotnie była w stanie atakować czołową dziesiątkę, ale dopiero w tym sezonie wróciła do światowego topu. W ostatnich zawodach, w Saint Jean de Angely, zajęła fenomenalne, 6. miejsce. Pamiętajmy, że poziom rywalizacji stale się podnosi i okolice TOP5 to naprawdę wielki wyczyn.
„Na mecie popłakałam się z radości, rozkleiłam się, jak to dziewczyna (śmiech). Czułam wielką satysfakcję, że pot wylany na treningach, poświęcenie i upór dały taki fajny rezultat. Jechałam z czystą głową, rozluźniona, spokojna i skoncentrowana jednocześnie i to przełożyło się na wynik. Dużo dały mi starty w ME. Tam zobaczyłam, że mogę trzymać tempo rywalek, które jeszcze niedawno były ode mnie szybsze. Dobre podejście było kluczem do tego sukcesu” – wyjaśnia Miller.
Przed Aśką kolejne starty w mistrzostwach świata. Przez konflikt terminarzy nasza najlepsza zawodniczka znów może mieć problem z sięgnięciem po tytuł mistrzyni Polski, bo nie mogła wziąć udziału w zawodach w Sobieńczycach. Teraz, jeśli marzy o złocie, musi wygrać wszystkie pozostałe rundy i liczyć na potknięcia największych rywalek. Ale i tak nikt przy zdrowych zmysłach nie ma wątpliwości, że rajderka dublująca w wyścigu drugą zawodniczkę, bezapelacyjnie dzieli i rządzi w polskim MX.
„Ona musi stawiać na starty za granicą, bo w Polsce wiele się już nie nauczy. Tylko stały kontakt i rywalizacja z czołówką światową może pomóc jej w rozwoju. A Asia ma papiery na wielkie wyniki. Jestem pewien, że przy jej podejściu, pracowitości i zawziętości o polskim motocrossie będzie niedługo głośno” – kończy Hipsz z X-Cross, który opiekuje się karierą Joanny.
Szybka, odważna, bojowa i zawzięta, a przy tym skromna i pracowita – czy można wyobrazić sobie lepsze połączenie cech znakomitego sportowca? Śledźcie występy Asi Miller, także na naszej stronie. Wkrótce przedstawimy wam wywiad z polską motocrossową dominatorką.






