
Trudno uwierzyć, że dziś mija pierwsza rocznica śmierci jednej z największych gwiazd Freestyle Motocrossu. Kiedy Jeremy Lusk ucierpiał 7 lutego ubiegłego roku podczas wypadku na X Knights w Kostaryce, środowisko związane z Freestyle Motocrossem wstrzymało oddech. Niemal każdy modlił się, był myślami z nim i jego bliskimi lub po prostu trzymał kciuki za jego powrót do zdrowia. Niestety po dwóch dniach, 9 lutego tuż przed północą (czasu lokalnego PST), mimo wysiłków lekarzy Jeremy zmarł…
Był jednym z najciężej pracujących na sukces, zawziętych riderów, który pod maską twardziela skrywał serdecznego, uczynnego chłopaka i niesamowitą osobowość. Odszedł zawodnik będący u szczytu sławy, o którym pamięć pozostanie w sercach wielu fanów, przyjaciół i rodziny.
Miłość i przyjaźń
Oddany przyjaciel i kochający mąż, tak w skrócie może określić Jeremy’ego większość ludzi, która go znała. Pomimo wyglądu twardziela, Lusk miał iście anielskie serce dla bliskich mu osób i przyjaciół.
“Niestety nie miałem szczęścia znać Luska zbyt dobrze. Jest jednak jedna rzecz, którą pamiętać będę zawsze. To widok Jeremy’ego przy boku jego ukochanej żony Lauren. Wyglądali na naprawdę szczęśliwą i zakochaną parę. Przyznam szczerze, że zawsze robiło to na mnie wielkie wrażenie, biorąc pod uwagę jaki styl życia w większości prowadzą chłopaki zawodowo jeżdżący na motocyklach i podróżujący w tym celu po świecie.
Poza tym był klasą samą w sobie, jeśli chodzi o umiejętności i talent do jazdy na motocyklu. Dla mnie, jako fotografa, najsmutniejsze jest to, że już nie będę miał kolejnej okazji, żeby uwiecznić na zdjęciach tak utalentowanego zawodnika. Jeremy był rozmowny ale równocześnie nieśmiały, tak samo jak ja kiedy przemierzał kulisy.” – Steve Densmore (fotograf)
„Kiedy after party w Wuppertal (po Red Bull X Fighters 2008 – przyp. red.) dobiegło końca, razem z Jeremym, Lauren i jeszcze kilkoma osobami, poszliśmy do busów, które miały zawieźć nas do hotelu. Wszyscy mieli już dość i kiedy ja upychałem moje aparaty na tył samochodu, jakiś pijany koleś zajął moje, ostatnie wolne, miejsce. Grzecznie wyjaśniłem mu, że zajął moje miejsce i że ten bus jedzie jedynie do hotelu, a poza tym jest tylko dla zawodników i
obsługi. Bez skutku. Mechanik Jeremy’ego zapytał go czy ma jakiś problem ze słuchem i ponownie poprosił o opuszczenie busa.
Ostatecznie gość zrezygnował, ale w momencie kiedy wysiadał próbował w swej złości uderzyć mnie drzwiami. Spodziewałem się czegoś fatalnego z jego strony, więc drzwi uderzyły mnie tylko trochę, ale to było zbyt wiele dla Jeremy’ego, który siedział całkiem z tyłu busa. Natychmiast wyskoczył stamtąd jak oparzony, żeby mi pomóc. To stało się tak szybko, że zanim nawet zrozumiałem co się dzieje koleś został „delikatnie” usunięty sprzed moich oczu. Udało mi się jednak złapać Jeremy’ego, żeby za nim nie poszedł.
Lauren również wyszła na zewnątrz i próbowała uspokoić Jeremy’ego i przekonać, że powinniśmy już jechać, ale jedyne co on odpowiedział było: ‘On zaatakował Oli, kochanie czy możesz w to uwierzyć? Już ja mu dam nauczkę! Nikt nie rusza moich przyjaciół.’
Szczęśliwie (dla tego gościa) zdołaliśmy go przekonać, żeby wsiadł z powrotem do busa. W drodze do hotelu Jeremy co chwila pytał, czy na pewno wszystko ze mną ok i chyba z tysiąc razy musiałem odpowiadać, że jest dobrze i nie musi się martwić. Ale on i tak ciągle chciał wrócić i dokończyć sprawy…
Długa historia, ale myślę, że pokazuje jakim dobrym człowiekiem był Jeremy. Zawsze chętny do niesienia pomocy, temu kto jej potrzebował. Byłem pod wrażeniem, że zaryzykowałby bójkę w mojej sprawie, ale później zdałem sobie sprawę, że ja dla niego zrobiłbym to samo.
To prawdziwe szczęście pracować z tak zgraną ekipą podczas X Fighters, wszystkim nam go brakuje i wiele bym dał, żeby był z nami znowu. To był cudowny czas, który dane nam było z nim spędzić.” – Oliver Schran (fotograf, redaktor FMXWorld.com)
Pomocna dłoń
Ogólnie wiadomo, że zawodnicy najchętniej trenują w szerszym gronie, żeby móc później przedyskutować swoje tricki i znaleźć sposób na błędy, które popełniają. Takich rozmów i rad udzielanych przez innych riderów nie zastąpi oczywiście ani oko kamery, ani żaden aparat.
„Niestety nie miałem zbyt wielu okazji jeździć z Jeremym, ale kiedy trafialiśmy na siebie na zawodach, zawsze byłem pod wrażeniem tego, jakim był miłym gościem. Jego wygląd budził spory respekt i mógł na początku nieco odstraszać, ale to był jeden z najmilszych ludzi pod słońcem.
Pamiętam, kiedy podczas Red Bull X Fighters w Niemczech (Wuppertal 2008 – przyp. red.) miałem problem z Backflipami i co gorsza, nie potrafiłem dojść w czym rzecz. Jeremy podszedł do mnie, powiedział mi po prostu co robię źle i pełen entuzjazmu zachęcił do dalszych prób. Byłem pod wielkim wrażeniem, w jaki sposób to zrobił. Bez wyższości, bez kpin, po prostu zależało mu na tym, żeby wszystko grało w moich Backflipach!
Teraz, rok po jego śmierci, kiedykolwiek widzę zdjęcia z tego jak jeździł myślę sobie – człowieku, on był tak dobry w tym co robił i na tyle ponadczasowy ze swoimi trickami, że równie dobrze mógłby i teraz wygrywać wszystko z takim samym zestawem tricków – RIP Jeremy!” – Busty Wolter (zawodnik)
“Często myślę o Jeremym, szczególnie wtedy kiedy jeżdżę. To on wytłumaczył mi żebym naciskał mocniej rękami przy
jednym tricku, albo jechał szybciej, żeby dobrze zrobić inny… Obaj bardzo się szanowaliśmy. Pamiętam, kiedy albo mnie albo jemu wyszedł jakiś na prawdę niezły trick, na znak szacunku zawsze klepaliśmy się w ramię. Wtedy było wiadomo, że nasz występ był świetny!
Hej Lusk! twoje słowa: ‘ten system jest głupi’…
Do zobaczenia pewnego dnia przyjacielu!” – Charles Pages (zawodnik)
Wesołek i imprezowicz
Sporą część czasu, podczas każdych zawodów we Freestyle Motocrossie, zawodnicy spędzają na czekaniu. Czekaniu na to kiedy tor będzie gotowy i będzie można zacząć treningi, na swoją kolej, na rozpoczęcie zawodów, czy sesję autografów. W tym czasie zawodnicy, żeby nie umrzeć z nudów bardzo często płatają sobie figle lub też po prostu się wygłupiają. Z kolei, po każdych zawodach chłopaki relaksują się na after party. Jeremy nie był wyjątkiem – uwielbiał zarówno wygłupy z przyjaciółmi, jak i niezłe imprezy.
„Jeremy był dla mnie najlepszym zawodnikiem, kiedy go spotkałem w Polsce na X Fighters. Wspaniały zawodnik, bardzo silny młody człowiek. Ale najbardziej w pamięci utkwiło mi after party po Gladiator Games w Pradze. Spędziliśmy rewelacyjny czas razem no i co tu dużo ukrywać – nieźle popłynęliśmy.
Kiedy dowiedziałem się, że zmarł byłem zszokowany, podobnie jak reszta FMX’owego świata. Nie docierało to jakoś do mnie. Jeremy był tak dobrym i silnym człowiekiem, poza tym był moim rówieśnikiem… Zawsze, kiedy myślę o nim pytam Boga dlaczego rzeczy takie jak z Jeremym się w ogóle zdarzają… Zawsze będzie w moim sercu. RIP Jeremy.” – Libor Podmol (zawodnik)
“Jeremy był naprawdę miłym gościem. Uwielbiał prawdziwy freestyle tak samo jak ja. Zawsze jeździł na maksimum swoich umiejętności, no i chciał wygrywać. Pamiętam taką śmieszną sytuację, kiedy byliśmy razem w Kostaryce.
Akurat mieliśmy trochę czasu na odpoczynek i wygłupialiśmy się z chłopakami nad basenem hotelowym. Chciałem założyć sobie koło ratunkowe, ale niestety nie chciało mi przejść przez ramiona. Spojrzałem wtedy na nich wszystkich i powiedziałem „myślę, że to jednak możliwe” i… udało mi się. Jeremy śmiał się do rozpuku.
Po tym zdarzeniu, na każdych zawodach gdzie jeździliśmy razem, a ja chciałem spróbować czegoś nowego (tricku, innej linii przejazdu niż dotychczas itp.) zawsze mi mówił: ‘Thomas sądzę, że to MOŻLIWE’.
Dziś, mam to zdanie nadrukowane na koszulce w której jeżdżę… sprawię, że będziesz dumny Bracie.” – Thomas Pages (zawodnik)
Inspiracja
Jeremy poprzez ciężką pracę i wytrwałość osiągnął sukces, a ukoronowaniem jego kariery były medale zdobyte na X Games 2008. Nie bez znaczenia w drodze na szczyt był jego charakter: twardego, upartego wojownika. Dla niejednego młodego talentu był, jest i będzie jeszcze przez długie lata wielką inspiracją. Dla “starych wyjadaczy” również…
“Kiedy po raz pierwszy spotkałem Jeremy’ego w 2007 roku na jednej z rund Dew Tour, od razu przypadliśmy sobie do gustu. Czuliśmy się tak, jakbyśmy się znali lata, mimo że nawet nie widzieliśmy jak ten drugi jeździ. Myślę, że po prostu nadawaliśmy na tych samych falach i było nam pisane spotkać się i zaprzyjaźnić.
Później tego dnia obaj walczyliśmy w kwalifikacjach o wejście do finału i obu nam się to udało. Począwszy od tego momentu, kiedykolwiek jeździliśmy razem na zawodach wyglądało, że jesteśmy na podobnym poziomie, i że nawzajem bylibyśmy dla siebie największą konkurencją, gdyby przyszło nam się mierzyć.
Później obaj dołączyliśmy do Metal Mulishy i bardzo często razem trenowaliśmy. Jeden chciał być lepszy od tego drugiego. Lusk był groźnym rywalem i naprawdę twardym gościem, więc kiedyś powiedziałem do niego: ‘wiesz kim jesteś bracie? Jesteś jak PitBull!’ Bardzo szybko to określenie do niego przylgnęło. Jeremy rzeczywiście był jak PitBull, kiedy jeździł to dawał z siebie zawsze 100%, tak jak PitBull podczas walki.
Jeremy był dla mnie wielką inspiracją. Żył według własnego rytmu i osiągnął wiele dzięki temu, że był solidny i oddany zamierzonym celom.
Teraz, nie ma go już z nami i wydaje się to być niesprawiedliwe, że straciliśmy jednego z najlepszych zawodników na świecie.
Na cześć pamięci Jeremy’ego staram się zawsze jeździć całym sercem. Nigdy nie zapomnę tego wojownika i Wielkiego Mistrza. RIP ‘PitBull’. “ – Robbie Maddison (zawodnik)
Ruda
zdjęcia: www.metalmulisha.com, Red Bull Photofiles, Robbie Maddison, Ruda






