

Z mistrzem świata w superenduro udało się przeprowadzić wywiad tuż po zdobyciu przez niego czwartego z rzędu tytułu. Tadek Błażusiak zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań, które jak zwykle przybliżają nam postać tego wybitnego zawodnika. Jeśli jesteście ciekawi co tym razem miał do powiedzenia Taddy to gorąco zachęcamy do lektury poniższego wywidu.
Gratulujemy Mistrzostwa Świata!
Dzięki. To niesamowite uczucie zdobyć mistrzowski tytuł, a ten jest już czwartym z rzędu. Nie mógłbym chcieć więcej.
Przed ostatnią rundą prowadziłeś w klasyfikacji generalnej. Czy miałeś jakąś specjalną taktykę przed swoim startem?
Przyjeżdżając tutaj z 29 punktami przewagi, wiedziałem co mam robić, by zwyciężyć. Miałem dwa znakomite starty w pierwszym i trzecim finale, które dużo mi ułatwiły. Moje starty były moim największym atutem w całym sezonie. Dobry start to najważniejsza część wyścigu. Tych kilka pierwszych metrów znaczy bardzo wiele.
Czy denerwowałeś się startując w drugim wyścigu finałowym, w którym ruszaliście w odwróconej kolejności?
Wiedziałem, że nie wystartuję dobrze, bo miałem kiepską bramkę startową. Zdecydowałem więc, że nie będę ryzykował wypadku na pierwszym zakręcie podczas próby wysunięcia się do przodu. Wystartowałem jako ostatni i ostrożnie wypracowywałem sobie drogę na prowadzenie, za każdym razem wyprzedzając tylko jednego zawodnika. Okazało się, że wyścig był wspaniały. Udało mi się awansować z ostatniej na drugą pozycję. Niestety zabrakło kilku okrążeni, żebym mógł wygrać, ale drugie miejsce wystarczyło by zgarnąć mistrzostwo. Na koniec było to ważniejsze niż ryzykowanie walki o zwycięstwo w wyścigu.
Gdy tytuł miałeś już w kieszeni wystartowałeś w trzecim finale, ale upadek Cię spowolnił. Co się stało?
Miałem niesamowity start z bramki i niemal od razu prowadziłem. Mocno cisnąłem przez pierwszych kilka okrążeń, ale potem popełniłem drobny błąd na kamieniach. Na jeden z nich źle najechałem i to wystarczyło bym znalazł się na ziemi. Nim wróciłem David Knight i Jonny Walker wyprzedzili mnie. Starałem się ich dogonić, ale strata była za duża. Cieszyłem się z trzeciego miejsca i zwycięstwa w całych mistrzostwach.
Tor finałowej rundy został zbudowany przez firmę, która zajmuje się tym w zawodach endurocrossowych w Stanach. Jak Ci się jeździło w Tours?
Tor był wspaniały – dawał dużo frajdy z jazdy. Myślę, że najlepszy był dirt. Był nie z tej ziemi. Przyczepność była niewiarygodna i przy braku kamieni naprawdę można było zaatakować każdy zakręt. Nie przypominam sobie takiej przyczepności na dircie w endurocrossie. Było też dużo skakania z wieloma możliwościami wyprzedzania. W Hiszpanii była tylko jedna szybka droga przez kamienie do wyboru, z kolei we Francji dwie. To bardzo ważne, by wyznaczyć takie sekcje. Daje to zawodnikom możliwość wykorzystania całego toru, a nie tylko jego środka.
Czy konieczność radzenia sobie z poważnymi urazami, czyni ten tytuł wyjątkowym?
Z pewnością. To był bardzo ciężki sezon. Zakończenie go mistrzostwem jest niesamowite. Wypadek przed pierwszą rundą w Polsce nie pomógł. W zasadzie pojechałem na zawody nie wiedząc, czy będę mógł jeździć. Na szczęście dostałem niesamowitego fizjoterapeutę, który unieruchomił moje ramie abym mógł wsiąść na motor. Nie myślałem, że wygram, ale gdy wyścig się zaczął adrenalina zrobiła swoje i w jakiś sposób tego dokonałem. Ciężko walczyłem tylko o to, żeby jeździć w mistrzostwach, a na koniec zostałem mistrzem świata. Dokonanie tego pomimo kontuzji, przeciwko takim zawodnikom jak Knight i Walker jest największą nagrodą.
Co teraz?
Zamierzam wziąć tydzień wolnego i świętować z przyjaciółmi. Myślę, że zasłużyłem na piwo. Od poniedziałku wracam do pracy i skupiam się nad endurocrossem i X Games.
Źródło: www.redbull.pl






