Tysiące kilometrów, setki mijanych miejscowości, dziesiątki zużytych opon i wydawałoby się niezliczone dni za kierownicą. To wszystko po to, żeby sięgnąć po najcenniejsze trofeum w świecie rajdów terenowych – Puchar Świata FIM. Rafał Sonik dokonał tej sztuki już po raz drugi, ale kosztowało go to wiele czasu i wysiłku. Przeczytajcie poniższy wywiad, a dowiecie się jak nasz mistrz znalazł się na samym szczycie sportowej kariery.
Czy quad to pana miłość od pierwszego wejrzenia?
Rafał Sonik: Absolutnie! Jako młodzieniec próbowałem różnych sportów, grałem w tenisa na korcie i przy stole, żeglowałem na desce windsurfingowej, a nawet wzbijałem się w przestworza. Do dziś tylko w tym roku mam wylatane ponad 400 godzin.
Taką aktywność odziedziczył pan po rodzicach?
– Być może, chociaż gdyby to rozpatrywać w kategoriach dosłownego odziedziczenia, to powinienem zdobyć Puchar Świata nie w rajdach terenowych, a w jeździectwie. Pradziadek był kawalerzystą, dziadek ułanem, a 76-letni ojciec Stanisław do tej pory jeździ konno.
I mimo tego nie zainteresował się pan tymi zwierzętami?
– Mam być szczery? OK, tylko jak to powiem głośno, ludzie będą się ze mnie śmiali. Nie wiem dlaczego, ale od dziecka boję się koni i tego strachu nie mogę przełamać. A jestem tak pogruchotany, mam w sobie tyle żelaza, jakbym kilkadziesiąt razy spadał z konia.
Ma pan w sobie żelazo?
– Liczne kontuzje, które towarzyszą tak ekstremalnemu sportowi, traktuję jako szkołę charakteru. Kiedy w 2006 roku w wyniku wypadku omal nie straciłem ręki, po kilku operacjach i mozolnej rehabilitacji znowu wsiadłem na quada. Miałem 28 śrub, które z upływem czasu wyciągano. Dziś zostało już tylko jedenaście.
To faktycznie jest wielka miłość, bo mimo bólu jaki zadaje, pan jest nadal zakochany.
– Ja tę miłość spotkałem przypadkowo. W 1996, a może siódmym, pojechałem z kolegą do Francji, do Hyeres, miejscowości dobrze znanej żeglarzom z zawodów Pucharu Świata. Mieliśmy surfować na desce, ale wiatr był tak silny, że na wodę zejść się nie dało. Byliśmy – delikatnie mówiąc – mocno zdenerwowani. Pokonaliśmy dwa tysiące kilometrów i nici z pływania.
I wtedy odechciało się panu i wody, i deski…
– Nie tyle odechciało, co ta sytuacja spowodowała, że zacząłem myśleć, zastanawiać się, czy jest taki sport, który można uprawiać przez 365 dni w roku, bez względu na pogodę oraz inne uwarunkowania. I kiedy tak rozmyślałem, zobaczyłem w oddali człowieka na jakimś dziwnym pojeździe. Co to jest? – zapytałem kolegę. Motocykl na czterech kółkach? To jest quad – odpowiedział. Zadzwoniłem wtedy do znajomego w Krakowie, aby przygotował mi takiego quada.
Miłość od pierwszego spojrzenia…
– Tak to można określić, chociaż w pełnej okazałości okazała się po dwóch miesiącach, kiedy z domu w Woli Justowskiej gnałem nad zalew do Kryspinowa, prawie 10 km polnymi drogami, by tam z kolei żeglować. Od kolegi usłyszałem, że jeżdżę sportowo, a nie turystycznie i potrzebny mi jest inny quad, sportowy, z tylnym napędem, co wtedy było dla mnie niezrozumiałe. Ten pojazd, w którym odkryłem nowe możliwości, wessał mnie na dobre w 2000 roku, kiedy byłem w Bieszczadach.






